Bez slonka jakos tak smutniej,bo przypominam sobie,ze przeciez jest zima!jeszcze doszedl do tego wiatr i przelotny deszczyk,co w prostym rownaniu daje katar.hurrej;-)
No,ale zaopatrzona nawet w rekawiczki wyruszylam w inna strone miasta-dzisiaj cel to Biblioteka-state library, public baths, st.victoria market, exhibition building i melbourne museum
St.victoria market to najstarszy tego typu market w melbourne,a przy okazji najwiekszy. Mi skojarzyl sie troche ze slynnym targiem przy la Rambli w Barcelonie,troche z swietej pamieci stadionem dziesieciolecia, troche z bylyn placem Grunwaldzkim. Czyli troche ladnie,troche czysto,troche bogato,troche biednie;-) ale zdecydowanie jestem przekonana,ze mozna dostac tu absolunie wszystko!
Od miesa,przez ryby,sery,wedliny,pasty,oliwki,kielbaski,owoce i warzywa-tutejsze i z dalekich krajow, wina,orzechy,az do odziezy,zywych zwierzat i burgerow czy innych chinczykow do.zjedzenia na miejscu. A kazdy oczywiscie zachwala swoje produkty,przekrzykujac sie nawzajem. Najglosniejszy byl...pan sprzedajacy ziemniaki...
Boooosko tam bylo i jestem pewna,ze przy najblizszej okazji tam.wroce:-)
Kilka fot z "marketu" wrzucam nizej,a reszte opisze jutro,bo padam-u mnie juz po 2 w nocy (trzymajcie kciuki za Argentyne,ktora wlasnie zaczela grac;-) )
Ale market, raj! A jak ceny? I co dobrego jadłaś :)
OdpowiedzUsuń:)
OdpowiedzUsuńTrzymalam kciuki i wygrala!